Tuesday, June 07, 2005

Pieszczoty oralne mlodej i ładnej pary

Ma dwa koty, ale oprócz nich zajmuje się wszystkimi gośćmi hotelu dla zwierząt "Bazyli" w Łomnej-Las. Właścicielem tych terenów jest Polska Akademia Nauk. W latach sześćdziesiątych lekarze przeprowadzali tu doświadczenia neurologiczne na zwierzętach. Takie doświadczenia na psach i kotach na szczęście są już zabronione. Bogusław Rocki wydzierżawił ten teren i przysposobił istniejące już wybiegi dla potrzeb gości hotelowych:

Założenie hotelu dla zwierząt jest kosztowne. Musieliśmy zainwestować nasze oszczędności w modernizację tego terenu. Prowadzenie hotelu dla zwierząt to działalność sezonowa. Największy ruch zaczyna się w wakacje - czasami w lipcu i w sierpniu brakuje kwater. Oblegane są miejsca w święta i ferie. Niektórzy zostawiają swoich podopiecznych na weekendy, ale to sporadyczne przypadki. Zdarza się, że zwierzęta nie mogą podróżować samolotem lub czekają na wyrobienie odpowiednich dokumentów. Tutaj znajdują potrzebną im przez ten czas opiekę.

Ośrodek jest strzeżony całą dobę, ale my pracujemy od 8.00 do 16.00 od poniedziałku do soboty, a w niedzielę od 8.00 do 12.00. Koszty pobytu zwierzaka są uzależnione od jego wielkości: za drobne zwierzęta - ptaki, żółwie, świnki morskie, szczury 15 zł za dobę, 25 zł za jamnika, kota, tchórzofretkę, królika, szynszylę, 30 za sznaucera średniego, 35 za owczarka niemieckiego i 40 za kaukaza.

Mamy osiemnaście miejsc dla kotów i pięćdziesiąt sześć miejsc dla psów. Pobyt zwierząt w hotelu może trwać jeden dzień lub kilka miesięcy. Najdłużej gościliśmy psa, którego pani ciężko zachorowała i nie mogła się nim opiekować. Zdecydowała się więc płacić za opiekę nad nim przez pół roku. Zdarzają się przypadki, że właściciele nie chcą odebrać pozostawionych u nas zwierząt. Raz nie udało nam się, mimo gróźb sądem i policją, zmusić właściciela do odebrania swojego psa. Został u nas trzy miesiące, aż dzięki ogłoszeniom w gazecie znaleźliśmy mu innych właścicieli. Nie przyjmujemy bezdomnych zwierząt, chociaż pomagamy fundacjom zajmującym się szukaniem domów dla zwierząt ze schronisk. Świadczymy także usługę dla firm transportowych. Mieliśmy w hotelu kilka zwierzaków, które czekały na transport za granicę.

W tej chwili w hotelu wypoczywają koty, kilka psów i królik. Oprócz nich gościliśmy także tchórzofretki, szynszyle, żółwie drapieżne i stepowe, świnki morskie, szczury, ptaki, rybki oraz małpę koczkodana białonosego - Figę. W swoim wybiegu miała huśtawkę, drąg z linami. Lubiła pić wodę z sokiem malinowym i jeść biszkopty dla królika. Dzieciaki z pobliskiej wsi tuż po skończonych lekcjach całymi wycieczkami przychodziły, żeby ją zobaczyć. W mojej obecności karmiły ją wiśniami z naszego drzewa. Figa najpierw zjadała pestkę, a dopiero później miąższ.

Bywają tu różne rasy o przeróżnych, czasem dziwnych imionach, od Halutanu, czyli gazu wziewnego do narkozy, przez pospolite Azory, a na całych miotach o nazwach alkoholowych kończąc. Dziś właściciel przyjeżdża po Badiego, a to imię oznacza gatunek twardego, egzotycznego drewna, używanego do podłogi.

Pozostawienie zwierzaka w hotelu nie oznacza, że będzie on mieszkał w pokoju ze skórzanymi kanapami i z telewizorem. Naszym gościom hotelowym gwarantujemy kilkumetrowe, murowane, ogrzewane zimą lokum z legowiskiem, drewnianą podłogą i z prywatnym wybiegiem, pełne wyżywienie - raz dziennie mielone mięso z puszki oraz całodobowy dostęp do wody i suchej karmy. Mają także opiekę weterynaryjną i bezpieczeństwo. Koty w swoich wybiegach mogą wspinać się na pieńki i gałęzie, które celowo są wyposażeniem ich lokum.

Zwierzęta potrzebują dużych wybiegów, więc hotel dla nich powinien być zakładany za miastem. Jeśli ma być to hotel dla wszystkich zwierząt, mieszkania dla kotów powinny być oddalone od psich wybiegów, co najmniej o trzydzieści metrów. Bliska obecność psów byłaby dla nich niezwykle stresująca. Tak duży teren dzierżawiony w miastach jest bardzo drogi i nieosiągalny dla mnie, czyli lekarza weterynarii. Poza tym tworzenie hoteli dla zwierząt w mieście jest uciążliwe dla mieszkańców. Kto zniósłby szczekanie sfory psów? Taka działalność powinna być prowadzona z dala od siedzib ludzkich. Hotele dla zwierząt istnieją także w dużych miastach, a dla niektórych klientów ta lokalizacja jest lepsza, bo mogą tam zawieść swojego pupila w każdej chwili środkami komunikacji miejskiej. Dojazd do naszej placówki jest dla niezmotoryzowanych prawdziwą wyprawą.

Funkcjonowanie takiej placówki ma rację bytu tylko wtedy, gdy połączone jest z usługami weterynaryjnymi. Opieka lekarska nad zwierzętami jest niezbędna. Zdarza się, że przyjmujemy zwierzęta w trakcie leczenia, ale tylko z chorobami nie zagrażającymi innym. Wymagamy, żeby właściciel udokumentował szczepienia ochronne i odrobaczenie. Sprawdzamy, czy nie mają pcheł. Niektórzy klienci zlecają nam przeprowadzenie zabiegów chirurgicznych, odbierają zwierzaka po skończonej rehabilitacji. W ten sposób unikają zmian opatrunku i wizyt w klinice.

By placówka dobrze prosperowała, a zwierzęta nie tęskniły za właścicielem, trzeba mieć umiejętności interpersonalne, trzeba umieć stworzyć im atmosferę miłości. Zwierzętami nie może zajmować się laik. Trzeba mieć wiedzę dotyczącą ich zachowania, bezpieczeństwa, wyżywienia, chorób, upodobań. Nie może to być także osoba niezrównoważona, agresywnie podchodząca do zwierząt lub bojąca się ich. A zdarzają się nam groźne rasy psów. Kiedyś zostałem pogryziony i to nie przez jakąś bestię, ale przez jamnika króliczego. Był wystraszony, a ja chciałem go pogłaskać, więc mnie ugryzł.

Niektóre zwierzęta mają specjalne upodobania kulinarne, o których dowiadujemy się od właścicieli i staramy się sprostać tym wymaganiom, żeby nie zmieniać przyzwyczajeń pupila i żeby pobyt zwierzątka był jak najbardziej przyjemny. Jeden pies musi rano zjeść kajzerkę, inny lubi biały ser, inny pije mleko i wylizuje serek homogenizowany. Mieliśmy tchórzofretki, które uwielbiały przeciery dla niemowląt. Nasi goście opuszczają hotel najedzeni, zdrowi, odrobaczeni, nie zapchleni, nie pogryzieni lub z niepożądaną ciążą w przypadku samic.

Cieczka czy ruja wprowadza lekkie zamieszanie w towarzystwie, ale nie możemy przecież dyskryminować samic i ich przypadłości. Musimy wytrzymać ujadanie i ślinienie się pozostałej, samczej części gości hotelowych. O niepożądanej ciąży na terenie hotelu nie ma mowy. Metalowe, wysokie siatki nie pozwalają na wydostanie się zwierząt. A te wysoko skaczące i lubiące ucieczki oraz samotne spacery mają wybieg z siatką nawet na suficie.

Im częściej zwierzę jest zostawiane w naszej placówce, tym mniej tęskni. Po drugim razie kojarzy już, że to stan przejściowy, a jego właściciel zjawi się tu z pewnością za kilka dni i zabierze do domu. Jeśli zauważymy, że zwierzę jest smutne, podsuwamy mu jakiś smakołyk, po dwóch dniach adaptuje się. Zdarza się, że zwierzę na początku pobytu prawie nic nie je. Często jest to spowodowane tym, że właściciele opychają swoich podopiecznych tuż przed przywiezieniem ich do naszej placówki, kierując się powiedzeniem - "nie ma jak u mamy". Nic, więc dziwnego, że zalegające w brzuchu smakołyki są powodem braku apetytu. Często właściciele zostawiają zwierzakom ich miski, ulubione poduszki, na których wylegują się w domu, zabawki, żeby miały coś swojego i nie tęskniły tak bardzo. Bywa też, że to właściciele bardziej tęsknią za swoim pupilem - odwołują urlop i przyjeżdżają po niego jeszcze tego samego dnia.

Friday, June 03, 2005

Zobacz wielkie piersi Christiny Aguilery

Biografowie analizują często skomplikowaną osobowość Deana przez pryzmat niełatwego dzieciństwa. Urodzony 8 lutego 1931 roku, spędził pierwsze lata życia we względnej stabilizacji, którą zapewniał rodzinie ojciec - technik dentystyczny. Ale już w wieku 8 lat osierocony przez matkę trafia na wychowanie do krewnych i trauma, którą wówczas przeżywa, kładzie się cieniem na jego późniejszym życiu. Niewysoki, filigranowy okularnik jest trudnym dzieckiem, choć jednocześnie - wbrew fizycznej słabości - staje się gwiazdą szkolnej drużyny koszykarskiej. Potem idzie na studia prawnicze, ale szybko porzuca je dla aktorstwa. Zaczyna standardowo: epizody w kinie i reklamy w telewizji. Przełomem staje się przeprowadzka do Nowego Jorku i edukacja w legendarnym Actors Studio. A potem dwa występy na broadwayowskich scenach: w "See the Jaguar" i "Immoraliście". Ta ostatnia sztuka sprawia, że młody aktor otrzymuje zaproszenie na zdjęcia próbne od Elii Kazana, który zaczyna kręcić "Na wschód od Edenu" wg ostatniej części wielkiej sagi Johna Steinbecka. Rola Cala Traska otwiera Deanowi drzwi do sławy. Już podczas premiery filmu nastoletnia widownia histerycznie reaguje na każde jego pojawienie się na ekranie. W tym samym sezonie, niemal równocześnie, gra aż trzy główne role. Druga to Jim w filmie Nicholasa Raya pod proroczym tytułem "Buntownik bez powodu". Trzecia, postać Jetta Rinka w "Olbrzymie" George'a Stevensa pozostaje właściwie nieskończona: Dean zginął w wypadku samochodowym i w niektórych scenach zastępuje go dubler. Ta katastrofa z 30 września 1955 roku przeszła do historii. Tak jak srebrzyste porsche aktora, na którego szczątkach robiono interesy. Ale - paradoksalnie - to właśnie tragiczna śmierć przyniosła Deanowi prawdziwą nieśmiertelność.



James Dean
Pozostaje pytanie: czy uzasadnia ją jego kunszt aktorski? Kanony sztuki aktorskiej, tak jak kanony piękna, zmieniają się wraz z czasem, ale charakterystyczny styl gry umieszcza Deana poza epokami. Wychowanek Actors Studio czerpie oczywiście ze słynnej Metody Stanisławskiego i Strasberga (całkowite utożsamianie się z graną postacią), dodaje jednak od siebie dużo więcej. Nie tylko elementy pantomimy i ekspresję kina niemego - przede wszystkim wyposaża swoich bohaterów w ekshibicjonizm, który dziś może wydawać się manieryczny, ale wciąż imponuje szczerością i siłą. Dean gra zawsze całym ciałem, nie cofa się przed improwizacją. Tak jak w słynnej scenie z "Na wschód od Edenu", gdy Cal łkając rzuca się ojcu w ramiona, zaskakując tym grającego go Raymonda Masseya (według scenariusza Dean miał wybiec z pokoju). Efekt spontanicznej reakcji obu aktorów okazał się znakomity. Z kolei Dean zidentyfikował się do tego stopnia z postacią Jima Starka z "Buntownika bez powodu", że przeniósł na ekran swój prywatny styl bycia i słynny już "mundurek": sprane dżinsy, biały podkoszulek, krótka wiatrówka. Od początku kariery znany był też z tego, że omijał całe partie dialogów, wypowiadając własne kwestie. Pole do prawdziwie aktorskiego popisu dawała mu rola Jetta z "Olbrzyma". Ale grając najpierw zbuntowanego młodzieńca, a potem zgorzkniałego starego człowieka nie do końca się sprawdził. Sekwencje z 60-letnim Jettem odbijają od całości charakteryzacją i sztucznością w grze aktora, któremu wyraźnie nie leżały problemy tak zaawansowanej grupy wiekowej. To, co najciekawsze w odtwarzanych przez niego postaciach, odnosi się bezpośrednio do niego i do rówieśników. Jest przede wszystkim outsiderem w konflikcie ze światem dorosłych (Cal, Jim) czy własnym środowiskiem (Jett). Żaden z tych bohaterów nie znajduje spełnienia w miłości i żaden nie potrafi odnaleźć swego miejsca pod słońcem. Nawet życiowy sukces okazuje się tylko połowiczny (Jett). Ta "spójność osobowa" aktora i granych przez niego ról sprawiła, że można go było - już na zawsze - ochrzcić mianem "buntownika bez powodu".

Poprzednie

Thursday, June 02, 2005

Niezła laseczka z dużymi cycuszkami

Autor sam przyznaje, że pomysł na taki właśnie przewodnik jest oryginalny.

Po co pisać o Tower Bridge czy pałacu Buckingham skoro zrobiło to już tysiące osób? - mówi. Cała frajda w tym, żeby docierać do miejsc mniej znanych, które kryją w sobie niesamowite historie. Tak właśnie jest z pieskimi zabytkami na Wyspach. Często są ukryte, a ich historie znane tylko wąskiemu gronu osób. -Zdarzyło mi się - opowiada Kubisztal - że w Kingston szukałem tabliczki związanej z pewną psią historią. Pracownica miejscowego biura turystycznego przyznała, że nic nie wie, ani o historii, ani o tabliczce. Tymczasem tabliczka znajdowała się w pobliżu biura- dosłownie za rogiem.

Pomyli się jednak ten, kto pomyśli, że książka przeznaczona jest tylko dla właścicieli i wielbicieli psów. Fascynujące historie, tajemnicze legendy i opisy niezwykłych miejsc sprawiają, że natychmiast wsiąkamy w książkę i zaczynamy podróżować z autorem. A jeśli damy się wciągnąć w tę podróż, dowiemy się gdzie w Wielkiej Brytanii jest najwyżej położona skrzynka pocztowa, jak trafić do pierwszego na świecie i znajdującego się w Londynie muzeum ogrodnictwa i skąd wzięły się charakterystyczne nazwy angielskich pubów.

Czy łatwo dotrzeć do pieskich historii?

Materiały są, ale trzeba po nich poszperać- przyznaje autor. Materiał do książki jest więc owocem nie tylko lat podróży, ale też godzin spędzonych w British Library czy na lekturach brytyjskich pism poświęconych psom. Nawet dobrze opisane miejsca nie zawsze jednak łatwo znaleźć: - Kiedyś godzinami chodziłem po cmentarzu, drepcząc alejka po alejce. Szukałem pewnego grobu. Był stary, zaniedbany, zwyczajna, gładka płyta nagrobna nie zwracała uwagi i odkrycie go wymagało nieco cierpliwości - opowiada Kubisztal.

Autorowi starczyło jednak cierpliwości i dzięki temu w książce znajdziemy dokładne opisy miejsc i tras, namiary na strony internetowe i ważne adresy. Wszystko tak obmyślone, aby czytelnik sam mógł dotrzeć do opisywanych tu obiektów. Paweł Kubisztal chciał, żeby książka była prawdziwym przewodnikiem - prowadziła z miejsca do miejsca. -Wydawca zarzucał mi, że za mało napisałem o Irlandii - zdradza. - Problem w tym, że w Irlandii wiele jest legend i opowieści związanych z pasami, ale mało konkretnych miejsc, pomników. A kiedy nie opisujemy czegoś, co naprawdę można zobaczyć, książka przestaje być przewodnikiem i staje się bajdurzeniem.

Skąd jednak nietypowy pomysł? Okazuje się, że rodził się on stopniowo. Zaczęło się od tekstów dla magazynu Mój Pies. Autor - dziennikarz i fotograf - najpierw po kawałku opisywał pieskie legendy i miejsca z Wysp Brytyjskich. W ten sposób chciał nie tylko opowiadać historie, ale i - jak sam mówi - zmienić stosunek Polaków do psów. - Pisałem głównie o Wielkiej Brytanii, gdzie psy się uwielbia i rozpieszcza - może nawet do przesady. Chciałem jednak (kropla drąży skałę) pokazać, że pies nie może spędzić życia na metrowym łańcuchu, przykuty do budy.

W pewnym momencie postanowił zebrać zgromadzone historie i wydać książkę.

Do gotowych już tekstów dopisał jeszcze inne historie, uzupełnił o rady praktyczne i zaczął szukać wydawcy. Czy łatwo było znaleźć wydawnictwo, które zainteresuje się tak nietypowym tytułem? Jak mówi Kubisztal, wydawca rzeczywiście miał opory, zastanawiał się co potem zrobią z tym księgarnie: czy umieszczą w działach poświęconych zwierzętom czy raczej między przewodnikami. W końcu jednak dał się przekonać i dwa tygodnie temu Pieskie Wyspy ujrzały światło dzienne.

Teraz autor powoli zastanawia się nad przetłumaczeniem książki i wydaniem jej na rynku angielskim. Sami Brytyjczycy nie dorobili się bowiem jeszcze swojego pieskiego przewodnika po Wyspach. Kto wie, może dostaną go od Polaka?

* Paweł Kubisztal

Ma 40 lat i choć z wykształcenia jest ekonomistą, z ekonomią ma już niewiele wspólnego. Żyje z pisania i fotografowania krążąc między Polską a Wielką Brytanią.

Kiedyś pracował w banku. Cały czas jednak pasjonował się fotografowaniem. Zdobycie nagrody w jednym z konkursów spowodowało, że rzucił - jak sam mówi - nudną pracę i zajął się tym, co lubi najbardziej. Na początku, przyznaje, nie było łatwo, ale niechęć do powrotu do pracy "przy biurku" powodowała, że uparcie walczył o możliwość zarobienia na życie swoimi pracami.

Od tej pory robił zdjęcia do ilustrowanych przewodników po Polsce i nie tylko, do pism architektonicznych. Pisał też do krakowskiego Dziennika Polskiego, Spotkań z Zabytkami, Przekroju i jeszcze kilku innych magazynów w tym, oczywiście, do Mojego Psa.

Potem zabrał się za książki. Wydał już przewodnik po okolicach Krakowa, potem przewodnik po "Pieskich Wyspach". Lada dzień zaś ukaże się przewodnik po prawobrzeżnej części Krakowa, którego jest współautorem.
Z Londynem jest związany od wielu lat. Przyjeżdżał tu jeszcze w czasie studiów, potem, w połowie lat 90., przyjechał na kilka lat, żeby pisać i fotografować. Teraz mieszka w rodzinnym Krakowie, ale w Londynie nadal bywa. W ubiegłym roku i dwa lata temu wystawiał swoje zdjęcia w galerii POSK-u i - jak sam mówi - być może kiedyś przyjedzie tu na stałe.

Tuesday, May 31, 2005

Wzięta na ciekawość co ta bestia potrafi

Quirkyalone (QA) jest sam, ale nie samotny. Nie jest nieśmiały, zakompleksiony. Przeciwnie – atrakcyjny, aktywny, angażuje się w działalność społeczną, artystyczną, realizuje swoje pasje, ma przyjaciół. Od reszty społeczeństwa różni się jedynie tym, że nie ma stałego partnera.

QA akceptuje stały związek pod warunkiem, że będzie on wsparciem, a nie ograniczeniem samorealizacji. Bycie z kimś nie jest dla niego wartością samą w sobie. Jeśli związek nie spełnia jego oczekiwań, woli robić coś dla siebie – choćby nauczyć się chińskiego. Na tym można by skończyć, gdyby nie intuicja, która podpowiada, że w tym obrazie jest drugie dno. Na ile życie w pojedynkę jest rzeczywiście wyborem? Czy ideologia QA może być przykrywką chroniącą poczucie wartości ludzi głęboko w środku niespełnionych? Z psychologicznego punktu widzenia za zjawiskiem samotności z wyboru mogą kryć się różne motywy.

Nowa filozofia określa tożsamość osób żyjących w pojedynkę i daje im poczucie przynależności do równoprawnej grupy społecznej. W ten sposób zmniejsza frustrację, niepokój i lęk. Powstaje jednak pytanie, na ile głęboka i trwała jest ta zmiana? Filozofia QA, choć daje ulgę, nie sięga do źródeł trudności, które sprawiają, że ktoś jest sam. Nie rozwiązuje też wewnętrznych konfliktów, jakie za tym stoją.

W niekorzystnej sytuacji stosujemy między innymi mechanizm obronny polegający na doszukiwaniu się w niej pozytywów. Nazywa się go mechanizmem słodkiej cytryny. Chroni on nasze „ja”, redukuje lęk, ale na dłuższą metę jest rodzajem samooszukiwania się. Przyczynia się do podtrzymywania zniekształconej interpretacji rzeczywistości, a więc oddala nas od prawdy o sobie i od możliwości zrobienia czegoś z tym, co trudne. Przypomina raczej działanie środka przeciwbólowego niż antybiotyku. Działa doraźnie i skutecznie, czasem jest niezbędny. Nie zwalcza jednak prawdziwej przyczyny choroby, a ponadto zmniejsza motywację, by się nią zająć.

Łatwiej jest powiedzieć sobie: „Nie jestem samotny, lecz sam z wyboru”. Trudniej dopuścić do głosu emocje, jakie rodzi życie w pojedynkę. Jednak dopiero niezaprzeczanie tym emocjom i pragnieniom daje nam szansę na określenie przyczyn problemu i pojawienie się motywacji do zmiany, do wewnętrznych poszukiwań.

Aby uzasadnić sobie rzekomy wybór, musimy stosować kolejne mechanizmy obronne – mechanizm zaprzeczenia i dewaluacji. Jedno z twierdzeń filozofii QA mówi, że nie warto się wiązać z kimś tylko po to, żeby uniknąć samotności. Przywodzi to na myśl mechanizm dewaluacji czegoś, co wydaje się nieosiągalne, a w głębi duszy upragnione. Filozofia QA dewaluuje tradycyjne związki w imię ochrony nieosiągalnego ideału – pełnego zespolenia dusz. Realny związek, przy najlepszej woli obu stron, oznacza nieuniknione kompromisy, ograniczenie możliwości działania i codzienne konflikty. Czy to powód, by z niego rezygnować?

Czy QA ma tak wysokie standardy osobiste, że woli samotność niż jakiekolwiek ograniczenia? Wydaje się, że quirkyalones są to raczej osoby pseudoniezależne, o narcystycznym rysie osobowości – a więc takie, które na zewnątrz prezentują się jako niezależne, a jednocześnie ich poczucie wartości jest zależne od opinii zewnętrznej. Pokazują otoczeniu swój fałszywy wizerunek kogoś perfekcjonistycznego i omnipotentnego. Wierzą, że tylko tak mogą uzyskać akceptację otoczenia. Dotyczy to wyboru prestiżowego zawodu lub markowych produktów, a także wyboru partnera. Prawdziwą przyczyną unikania realnych związków nie jest dbałość o poziom samorealizacji, lecz lęk przed odrzuceniem przez otoczenie. Dlatego lepiej być samotnym niż żyć w związku, który nie przystaje do wyobrażeń o rzekomych wymaganiach otoczenia. Osoba utożsamiająca się z QA wybiera prestiżowe zajęcie i styl życia, ponieważ te dziedziny w dużym stopniu dają się kontrolować. Z zależnością zawodową niektórzy quirkyalones radzą sobie, wybierając wolne zawody. Partner jest kimś osobnym, nie można go kontrolować, a związek z nim stanowi stałe zagrożenie dla wizerunku QA.

Doświadczona dupeczka z kolczykiem

Zainteresowanie samym medium widoczne jest także w innych pracach. Wcześniejszy wideo-esej "Premonition of Absurd Perversion in Sexual Personae Part One" jest powrotem do pierwotnych źródeł inspiracji - amerykańskiego "undergroundu", literackiego i filmowego. Jest też próbą przedefiniowania kategorii zapożyczonych od Kennetha Angera - zafascynowanego męskim ciałem pioniera kina gejowskiego. Maybury analizuje w serii fascynujących obrazów proces fetyszyzacji męskiego ciała, wyraźnie jednak wskazując, że jest to ciało widziane przez pryzmat technologii. Podobna problematyka występuje w "Remembrance of Things Fast" (1994) - kolejnym projekcie z pogranicza filmu i sztuki wideo. Pojawiają się znane nazwiska: ponownie Tilda Swinton, Rupert Everett i Aiden Brady - gwiazda filmów pornograficznych. Reżyser nie traktuje ich jak aktorów, lecz raczej jako "obrazy ciał", włączone w migotliwy potok przekazów telewizyjnych. "Remembrance" to przedsięwzięcie znacznie bardziej radykalne od finansowanego przez BBC "Man to Man", dowodzące po raz kolejny, że dla Maybury'ego film jest przede wszystkim sztuką obrazu, dopiero zaś w drugiej kolejności - opowiadania.

Podobną postawę przyjmuje w kinowym "Love is the Devil". Twórcę interesowało w nim przede wszystkim zrekonstruowanie wizji Bacona - wybitnego malarza. Akcja rozgrywa się w latach 60. i obejmuje stosunkowo krótki epizod związany z osobą George'a Dyera - kochanka i modela artysty. Komentując swój film Maybury zwracał uwagę, że Dyer rzadko wymieniany jest w opracowaniach dotyczących malarza i w jego biografiach. Związek artysty z pochodzącym z marginesu młodym człowiekiem wydawał się bowiem zanadto skandaliczny. To właśnie sprawiło, że Maybury nie uzyskał zgody na wykorzystanie oryginalnych obrazów Bacona. W filmie nie oglądamy ich w ogóle - na ekranie pojawiają się jedynie malowidła "udające" styl artysty, eksponowane na drugim planie w scenie otwarcia wystawy w Paryżu. Reżyser, początkowo rozczarowany brakiem przychylności spadkobierców malarza, potraktował ograniczenia jako wyzwanie: zamiast ukazywać gotowe dzieła, skupił się na prezentacji samego procesu ich powstawania. Ukształtował także rzeczywistość filmu w sposób sugerujący malarską wrażliwość Bacona. Niektóre sceny są więc - na podobieństwo przerażających wizji artysty - ukazane z perspektywy, która radykalnie deformuje rzeczywistość. Maybury'emu udało się przy tym zachować spójność filmu, zakłócenia nie mają bowiem charakteru arbitralnego, reżyser motywuje deformacje ukazując bohaterów przez szkło załamujące światło czy też odbitych w popękanych zwierciadłach.

Poprzednie

Sunday, May 29, 2005

Ponętna modeleczka pokazuje piczkę

"Rzeczpospolita": Wszystko wskazuje na to, że dokumenty dotyczące współpracy Lecha Wałęsy z SB były fałszowane. Dziennik przeprowadził śledztwo w tej sprawie. W Polsce i Norwegii.

Wałęsa nawiązał kontakt z byłym wysokiej rangi funkcjonariuszem SB, który pracował przy fałszowaniu dokumentów dotyczących Wałęsy.

Kilkanaście tygodni temu z Lechem Wałęsą nawiązał kontakt e-malilowy jeden z byłych funkcjonariuszy SB, wysoko umocowany w ówczesnej strukturze MSW.

Podrabianiem dokumentów obciążających lidera "Solidarności" zajmowała się kilkuosobowa specgrupa powołana w centrali MSW. Przeprowadziła co najmniej dwie akcje - "Ambasador" oraz "Komitet".

Według "Rz", pierwsza polegała na wysyłaniu do ambasady norweskiej w Warszawie spreparowanych dokumentów świadczących, że Wałęsa był tajnym agentem SB. W ramach drugiej przesyłano fałszywki do Komitetu Noblowskiego w Oslo. Jedna z osób fałszujących dokumenty juz nie żyje - to major Józef B.

"Rz" przeszukała archiwa w Polsce i Norwegii. Bezskutecznie. Były ambasador Kare Daehlen przyznaje jednak w rozmowie z "Rz": "Pamiętam, że na początku lat 80. wciąż dostawaliśmy anonimowe dokumenty. Podchodziliśmy do nich bardzo ostrożnie".

Według ustaleń "Rz" jest jeszcze jedno źródło, które może przechowywać fałszywki na Wałęsę. To Komitet Noblowski w Oslo.

Thursday, May 26, 2005

Dwie napalone laseczki i jeden koleś

Rząd, który powstanie po gabinecie Leszka Millera, nie powinien, ale prawdopodobnie będzie musiał, zrezygnować z planu racjonalizacji wydatków publicznych wicepremiera Jerzego Hausnera. Na tym polega nieszczęście. Trudno mi sobie wyobrazić większość w parlamencie, która będzie popierała kolejne projekty ustaw z programu oszczędnościowego Hausnera związane z transferami socjalnymi. Praktycznie plan Hausnera skończył się na czterech projektach ustaw, które są w Sejmie, ale nie wiadomo, jaki będzie ich ostateczny kształt, ponieważ są dopiero po pierwszym czytaniu. Jest więc mało prawdopodobne, aby ten program był realizowany przed nowymi wyborami parlamentarnymi. A po wyborach sytuacja w finansach publicznych będzie jeszcze trudniejsza. Trzeba będzie stosować radykalne przedsięwzięcia ograniczające wydatki, ale układ powyborczy nie zapowiada się rewelacyjnie, nie będzie łatwo stworzyć większość parlamentarną.

Mirosław Gronicki, główny ekonomista Banku Millennium

Najważniejsze projekty ustaw związane z planem wicepremiera Jerzego Hausnera są już w Sejmie. Parlament może je uchwalić w kwietniu. Gdyby tak się stało, racjonalizacja wydatków publicznych nie byłaby zagrożona. Inną sprawą jest to, czy po powołaniu nowego rządu dojdzie do przyspieszonych wyborów parlamentarnych. Jeśli tak, to w zależności od tego, kto obejmie rząd, plan Hausnera może być kontynuowany, zdecydowanie zmodyfikowany albo zaniechany. Jednak ewentualne zmiany pochłonęłyby sporo czasu związanego z procedurą parlamentarną. Gdyby plan Hausnera został zaniechany, nie doszłoby do katastrofy finansów publicznych, musielibyśmy jednak coraz więcej pożyczać na rynkach finansowych. A pożyczki te byłyby coraz droższe.

Rafał Antczak, ekspert CASE

Ta część planu Hausnera, która dotyczy ograniczenia wydatków państwa, powinna być realizowana przez każdy rząd, który wyłoni się po gabinecie Leszka Millera. Natomiast część programu Hausnera, która dotyczy wzrostu podatków, jest szkodliwa dla gospodarki i nie powinno się jej wprowadzać w życie. Nie wiadomo, czy nowy rząd w całości przyjmie plan Hausnera, czy dokona jego modyfikacji, a jeśli tak, to po której stronie. Czy zmieni rozwiązania dotyczące ograniczenia wydatków, które są niewystarczające, żeby zapobiec katastrofie finansów publicznych?

Tuesday, May 24, 2005

Zdjęła piżamke i chce być ładowana

"Gazeta Wyborcza": Śledztwo, o którym pisaliśmy w poniedziałek w artykule "Gang w Komendzie Głównej" istnieje. Akta postępowania o sygnaturze V DS 122/05 odnalazła wczoraj Prokuratura Krajowa.

Ściągnęła je z warszawskiej Prokratury Okręgowej, która prowadziła sprawę od ponad miesiąca.

"Gazeta Wyborcza" podkreśla, że istnieniu takiego śledztwa zaprzeczali przez dwa dni wiceminister spraw wewnętrznych Andrzej Brachmański i szefowie policji. Zdaniem dziennika Brachmański najpewniej straci stanowisko.

"Gazeta" dowiedziała się ze źródeł w prokuraturze, że śledztwo zostało rozpoczęte w sprawie korupcji przy przetargach na leasing samochodów w Komendzie Głównej Policji. Dziennik dodaje, że w aktach tego postępowania pojawia się opisany przez nią wcześniej wątek handlu łupami z napadów na tiry, między innymi klimatyzatorami i bronią. Przewijają się też nazwiska trzech ludzi z Komendy Głównej, którzy mieli współpracować z gangsterami.

Piotr Stasiński w swoim komentarzu na łamach "Gazety Wyborczej" zastanawia się nad zachowaniem w ostatnich dniach Andrzeja Brachmańskiego. Najpierw zaprzeczał on, że takie śledztwo w ogóle istnieje i żądał od gazety przeprosin. Wczoraj przyznał, że śledztwo jednak istnieje, ale dotyczy wyłącznie jednego cywilnego pracownika komendy. W końcu twierdzi, że "Gazeta Wyborcza" swoją publikacją zepsuła szyki prokuraturze.

"Dlaczego więc Brachmański zareagował najpierw tak histerycznym zaprzeczeniem?" - zastanawia się Stasiński. "Czy poszło tylko o niechęć jego środowiska politycznego do "Gazety"? Czy trafiliśmy na poważniejszą aferę? Czy Brachmański liczył, że ukręci jej łeb? I dlaczego znienacka cofnął się o krok? Czy ze strachu przed dymisją?" - pyta Piotr Stasiński w "Gazecie Wyborczej".